Detoks informacyjny – jestem na nie!

Kilka lat temu usłyszałam o czymś takim jak detoks informacyjny i uznałam, że to coś totalnie dla mnie. Przecież w wiadomościach mówią o samych negatywach, a ja staram się zachować wrodzony optymizm. Polityka strasznie mnie nudziła, a wypadki nie do końca mnie interesowały. Wierzyłam, że najważniejsze informacje i tak dotrą do mnie różnymi kanałami i tak często bywało. Więc na kilka lat, zupełnie odcięłam się od serwisów informacyjnych.

Kilka miesięcy temu, trafiłam w internecie na niesamowite osoby, które uświadomiły mi, że nawet jeśli ja nie interesuję się polityką, to polityka interesuje się mną. Jakość powietrza, jakim oddycham, wysokość mojej pensji, jakość leczenia, bezpieczeństwo na drodze, samopoczucie moich nieheteronormatywnych znajomych, czy to co wkładam codziennie do garnka, jest w dużej mierze zależne od rządzących. I nagle okazało się, że na własne życzenie pozwoliłam, aby ktoś inny kierował moim życiem.

Kiedyś wierzyłam, że sama jestem sobie sterem i okrętem. I żaden polityk nie będzie miał na mnie wpływu, bo sama osiągnę wszystko, czego pragnę. Dziś, będąc trochę większą dziewczynką, wiem, że polityka jest trochę jak wiatr: albo wieje w oczy, albo w żagle. I bardzo pragnę, żeby jednak częściej dął w moje żagle.

Kiedy po latach powróciłam do świata informacji, poczułam się straszną ignorantką. Kompletnie nie znałam historii naszego kraju z kilku ostatnich lat. Nie wiedziałam nawet jak odróżnić lewicę od prawicy, czym jest socjalizm, a czym kapitalizm. Słyszałam o Marksie, ale nie wiedziałam czym jest marksizm. To wszystko doprowadzało mnie do rozpaczy, bo chciałam wrócić do gry, ale to wszystko wydawało mi się czarną magią i przerastało mnie.

Z czasem zaczęłam uzupełniać wiedzę, utraciłam strach przed elektorownią atomową i przestałam traktować kobiety, jak inkubatory, w końcu zrozumiałam dlaczego podatek w naszym kraju, jest tak naprawdę podatkiem regresywnym i czemu niedziele bez handlu są beznadziejne do gospodarki (np. Węgry po roku wycofały się z tego pomysłu).

Miłym skutkiem ubocznym było też poznanie wielu feministek działających w sieci. Poznałam poprawną definicję feminizmu, dowiedziałam się, że mężczyźni mogą być feministami, że feministki to nie głupie baby, robiące z igły widły, dowiedziałam się o istnieniu mansplainingu, catcallingu i szklanego sufitu.

Jednak najważniejszą lekcją, jaką wyniosłam, było to, że udając, iż problem nie istnieje, nie sprawiam, że on znika. Wprost przeciwnie, zło może rozrastać się na wszystkie strony. Jedynie poznając problem, mogę się mu przeciwstawić i działać. A naprawdę te działania nie muszą być ogromne. Na początek wystarczy udział w wyborach, podpisanie petycji, udostępnienie ważnych społecznie treści, wsparcie zbiórki, udział w protestach…

Każdy z nas może wykonać drobne kroki, które zwielokrotnione przez tysiące z nas, będą miały ogromną moc. Jesteśmy pokoleniem, które może zmienić świat. 100 lat temu odzyskaliśmy niepodległość, może w tym stuleciu odzyskamy godność?

Miło Cię widzieć. Rozgość się!