Lila – moja bohaterka

Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Każda nowa osoba, sytuacja czy miejsce oddziałują na nas w pewien mniej lub bardziej zauważalny sposób. Są w życiu ludzie, którzy nie noszą peleryny, nie latają po niebie, ale są superbohaterami swojej codzienności. Taka właśnie jest Lila. Moja bohaterka.

Jej życie nie było łatwe i usłane różami. Dopiero przed czterdziestką odkryła swoją miłość i niedługo potem urodziła bliźnięta – dwóch wspaniałych synów. Kilka lat później została sama, kiedy znalazła w sobie siłę, aby wystawić za drzwi walizki swojego partnera alkoholika. Była sama w dużym mieście, z dwoma maluchami spragnionymi miłości. Zapewniła im wszystko co najlepsze.

Kiedy poznałam Lilę miała ponad 60 lat.

* * *

– Niuniuś, znowu przyjechałaś. – przytulała mnie serdecznie za każdym razem gdy mnie widziała. Sprawiała, że pod jej dachem, w jej czterech ścianach, czułam się cudownie. Trzymała bezalkoholowe piwo na dnie szafy i zawsze mnie nim częstowała. Kiedy podsuwała mi talerz z ciastem, mówiła: nie odbieraj sobie przyjemności, nie odchudzaj się, jesteś fantastyczna. Potrafiła wpływać pozytywnie na moje poczucie własnej wartości. Nauczyła się żyć dla innych, ale patrząc na nią, nie widziałeś poświęcenia. Troska o innych dawała jej szczęście i niesamowitą radość.

Z Lilą łączyła mnie codzienność. Spędziłyśmy razem Boże Narodzenie, widziałyśmy się w Sylwestra. Jadałyśmy razem śniadania, obiady i kolacje.

– Nie zmywaj, mamy zmywarkę. – śmiała się serdecznie, gdy stałam przy zlewie.

– Pani Lilko, do trzech talerzy nie będziemy jej włączać.

– Dobrze, dobrze. – mówiła ze śmiechem. – Ale kończ szybko.

Jej głos był lekko ochrypły. Zawsze mówiła głośno i wyraźnie. Miała klarowne poglądy i nie bała się ich wyrażać. Dziarsko szła przez życie i jeśli mam być szczera, nie zawsze dbała o siebie należycie. Wolała żyć krótko, ale intensywnie. Lila dała mi coś jeszcze, co zmieniło moje życie pod wieloma względami…

* * *

Właściwie to nie wiem czy Lila dała mi jego, czy on dał mi Lilę. Ponieważ on pierwszy stanął na mojej drodze. Brązowooki facet, z najsłodszymi dołeczkami w policzkach, posiadający zasady nie do naruszenia. Człowiek, który nauczył mnie prawdziwej, bezinteresownej miłości, ten, który pokazał mi co oznacza prawdziwa przyjaźń. To ona go wychowała w ten sposób. Jest niesamowita.

Zawsze imponowała mi jej siła, pogoda ducha, mimo przeciwności. Samoświadomość i odwaga, by samodzielnie walczyć o szczęście swoje i swoich dzieci. A także pozytywna energia, która pozwoliła jej wymiksować się z toksycznego związku i nie oferować pomocy temu, który jej nie potrzebował, nie chciał, bądź nie umiał przyjąć.

Lila jest kreatorką wspaniałego życia. Nie dostaje za to zapłaty, jedyną korzyścią jaką ma są szerokie uśmiechy na twarzach innych i cicho powiedziane: dziękuję.

Chciałabym spotkać ją jeszcze raz i marzę o tym od dnia, kiedy nasze drogi się rozeszły. Z niepokojem przyjmuję informacje, że niedawno znowu spędziła kilka dni w szpitalu. Chciałabym uścisnąć jej dłoń, posłuchać mądrości życiowych, zobaczyć po raz kolejny jej uśmiech i spojrzeć w jej oczy, pełne spokoju, energii, mądrości i dobroci. Ale wiem, że to niemożliwe…

Byłoby cudownie, gdyby takich Lilek było na świecie więcej. A sądząc po Waszych ostatnich mailach do mnie – jest ich wciąż za mało. Dajemy się tłamsić, wmawiać sobie, że miłość wiąże się z cierpieniem i bierzemy na siebie odpowiedzialność kochania za dwoje.

Ale nadszedł czas aby poczwarka przerodziła się w motyla, aby każda z nas odnalazła w sobie superbohaterkę Lilę.

Miło Cię widzieć. Rozgość się!