Moja kobiecość…

Zostało dwie godziny do wyjścia. Zdejmuję ręcznik z głowy, przeczesuję mokre pasma i zaczynam suszyć włosy. Przerzucam je z prawej na lewą i z lewej na prawą, żeby choć przez chwilę, choć wizualnie było ich więcej. Klnę pod nosem, bo odziedziczyłam ilość włosów raczej po tacie, niż po mamie, a przecież nie pogardziłabym większą gęstością, choćbym miała zamienić moje lekkie fale na mamine loki. 10 minut – tyle zajmuje mi suszenie, fryzura prawie gotowa. Przeciągam kosmyki prostownicą, wygładzam albo podkręcam. Nie mam na głowie dużo, więc szybko kończę.

Zabieram się za makijaż. Korektor, podkład i już mogę zająć się oprawą oczu. Chwytam pędzel i szybkimi wprawnymi ruchami maluję brew. Najpierw jedną, potem drugą. Jak zwykle wyszło trochę krzywo. Jedna jest wyżej, druga nieco niżej, ale wmawiam sobie, ze przecież i tak nikt tego nie zauważy. Przeczesuję włoski żelem. I już stają się jakby częścią mnie, jakby wyglądały tak od zawsze.

Przechodzę do rzęs. Maluję cienką czarną kreskę na ich granicy. „Będą wyglądały na gęstsze” – wmawiam sobie. Tuszuję je dokładnie, nowym tuszem z precyzyjną szczoteczką. Staram się dotrzeć wszędzie i pokryć czarną mazią każdy mikrometr sześcienny…


* * *

Tej nocy nachodzi mnie koszmar. Budzę się. Na poduszce widzę rozrzucone wszystkie moje włosy. Uświadamiam sobie, jak miałam ich dużo na głowie. Podchodzę do lustra, chciałabym przeczesać włosy ręką, ale czubek mojej głowy jest niepokojąco gładki. Zawijam chustę, zajmę się tym później. Odruchowo łapię za pędzel, chcę poprawić mój łuk brwiowy, ale on przepadł. Malowałam go tysiąc razy, ale bez widoku delikatnych włosków, nie potrafię go odtworzyć. Czuję się bezradna, z mojego oka spływa łza. Spływa bez przeszkód, przecież żadna rzęsa nie stoi jej już na drodze…

Na szczęście teraz budzę się naprawdę. Cieniutki warkocz zapleciony na noc jest na swoim miejscu, blade brwi i niemal niewidoczne rzęsy także. Ale coś jednak się zmieniło…

Zaczynam dzień jak zwykle, fryzura, makijaż. Uśmiecham się do obicia w lustrze i puszczam mu oko. Po drugiej stronie młoda kobieta robi to samo. Wygląda nieźle. Chyba jest szczęśliwa. Przyglądam się jej przez chwilę i dostrzegam jak bardzo jest kobieca. I wiesz co? To nie obfite biodra, ani całkiem znośny biust, to nie domalowane brwi i przyczernione rzęsy czynią z niej prawdziwą kobietę. To ten błysk w oku i rozjaśnione uśmiechem oblicze sprawiają, że jest mi z nią po prostu fajnie.

Ten wpis opublikowałam w 2015 roku, jednak dziś z przyjemnością go odświeżam. Tamtego dnia, jeden dziwny sen zmienił we mnie postrzeganie siebie i całego świata wokół. Nadal lubię czuć się dobrze i nadal podkreślam brwi cieniami, jednak teraz wiem, że moja siła tkwi we wnętrzu, które w gładkiej tafli lustra odkrywam w oczach i promiennym uśmiechu.

Zapisz

Miło Cię widzieć. Rozgość się!